
Córka
Słowa mają magiczną moc, nawet te zupełnie zwyczajne. To, co dla kogoś jest chlebem powszednim, dla innego człowieka może się okazać wspaniałym i niespodziewanym prezentem.
Przychodzi do mnie takie wspomnienie. Mama nigdy nie zwracała się do nas: „dziecko” „córko”, „córeczko”, „synu”, „synku”. Po prostu nie było takiego zwyczaju w naszej rodzinie. Zupełnie inaczej niż w domu siostry mojego dziadka, cioci Stanisławy, gdzie na świat przychodziły kolejne pokolenia kobiet.
Pamiętam, że dawno temu ciocia Krysia, córka Stachy, właśnie w tym domu zwróciła się do mnie tak, jak zwracała się do własnych dzieci, czyli: „córko”. Usłyszałam to słowo i smakowałam je z wielką przyjemnością. Jak bardzo mnie wtedy ucieszyło! I jaką niespodziewaną ulgę mi przyniosło.
Dla mnie, dorastającej w pomieszaniu rodzinnych ról, było to coś nowego. Było mi wolno po prostu być dzieckiem. Byłam na swoim miejscu. Starsza ode mnie kobieta przez serdeczny zwrot potraktowała mnie jak córkę, zgodnie z naturalnym rytmem rodziny. Aż do tamtej chwili nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo to było potrzebne. Do dziś jestem wdzięczna za to jedno zwyczajne, a jakie dobre słowo.
Zdjęcie: Jon Flobrant, Unsplash

