
Czas ciszy i zastoju
Zima. Czas, kiedy zegary biologiczne spowalniają bieg. Kiedy życie przechodzi pod lód, pod śnieg, pod zamarzniętą ziemię. Pora zatrzymania, wyciszenia, obserwacji. Spokojnego rozejrzenia się dookoła. Zastanowienia, co dalej.
Dziś rano za oknami szalała przepiękna, wspaniała burza śnieżna. Czy przyjemnie siedzi się wtedy w domu? O tak! Tak samo przyjemnie jest pobyć w sobie. Przy sobie. Nacieszyć się wiatrem, podekscytowaniem kotów siedzących z nosem przy szybie, śpiewem ptaków po burzy. Nacieszyć się poczuciem wewnętrznego bezpieczeństwa.
Ostatnie miesiące to czas, kiedy uświadamiam sobie, że moje zasoby energetyczne są bardziej ograniczone, niż chciałabym to uznać. Moje ciało nieugięcie pokazuje, że nie wstanę wcześniej niż po siedmiu godzinach snu, i że nie mogę się tutaj oszukiwać. To dla mnie również czas uczenia się, jak gospodarować dniem, energią, swoimi siłami tak, żeby ich wystarczyło. Mogę dużo, bardzo dużo, ale potrzebuję też odpowiednio dużo czasu na regenerację. Po prostu. Nie chcę już z tym dyskutować. Wolę przyjąć i odrobić tę lekcję. Wolę przestać walczyć i przyjrzeć się temu, z czym mam do czynienia.
W naszej cywilizacji nie uznajemy zastojów. Bezproduktywności. Straty czasu. Utopia zadań, celów i przyszłych osiągnięć dogania nas na każdym kroku. Wierzymy, że tak musi być, skoro tak działa całe społeczeństwo. Gdzie tu miejsce na cieszenie się śnieżną zawieją?
Mimo wszystko lekcja, którą przynosi zima, jest taka, że trzeba odpuścić. Odpocząć. Pozwolić, żeby zapadła wielka miękkość i wielka cisza. A potem wejść w tę ciszę i poczekać na to, co zechce się z niej wyłonić.
To, co najcenniejsze, nie rodzi się w zgiełku, ale w ciszy.
Ilustracja: Jane Newland

