
Czas pełnej uwagi
Robienie jednej rzecz naraz to reguła, którą bardzo szanuję. Zamiast przeskakiwać z krainy do krainy, jestem tylko w jednym miejscu w jednym czasie, i to w zupełności wystarcza. Od dawna nie wierzę w multitasking, cyrkową żonglerkę zadaniami, przeskakiwanie między czynnościami, które wymagają zupełnie innej dynamiki działania, innego podejścia, innego stanu skupienia.
Tylko jedno zajęcie w danej chwili. Zaczęte i skończone albo doprowadzone do konkretnego etapu, kiedy mogę powiedzieć: „Skończyłam, to już wszystko na dziś”. Mój dzień dzielę w taki sposób, żeby wszystko, co chcę zrobić, znalazło swój odpowiedni czas i swoje miejsce.
Czas pełnej uwagi to dobry czas
Bardzo dobrze widzę to na przykładzie redakcji książek. Zanurzam się w tekst, wchodzę w ścieżki, którymi podążał autor, pracuję w skupieniu, dzięki któremu praca wykonuje się niemal sama. W momencie, kiedy moją uwagę zawoła cokolwiek innego, muszę opuścić tę rzeczywistość, wyjść z toku myślowego autora i własnego, na siłę wybudzić się z danego stanu skupienia i zwrócić gdzieś indziej.
Rozproszenie i przekonanie o tym, że jest ono czymś naturalnym, to znak naszych czasów, choćby z uwagi na wirtualną rzeczywistość, w której częściowo funkcjonujemy. Nie przekonuje mnie to jednak zupełnie.
Tu nie chodzi o długie godziny poświęcone danej czynności. To może być kwadrans, pół godziny, ale jeśli w tym czasie odpisuję na maile, to tylko odpisuję na maile. Kiedy sprzątam, jestem w sprzątaniu i nie wchodzę w inne czynności. Kiedy gotuję, lepiej, żebym nie odchodziła od garnków, bo one lubią, kiedy się na nie patrzy. A kiedy rozmawiam, słucham tego, co ktoś do mnie mówi, z uważnością dla tej osoby.
Wszystko, co najwartościowsze, powstaje u mnie w skupieniu. W czasie, który na daną czynność świadomie poświęcam. Wtedy czuję, że wkładam serce i szacunek w to, co robię. I jest mi z tym dobrze.
Ilustracja: Kristine Brookshire

