Na dobry dzień

Jasna droga

Pamiętam bardzo wyraźnie ubiegłoroczne doświadczenie z pracy w schronisku, w szczycie kociego sezonu. Natłok przybywających zwierząt, desperacja opiekunów i lekarzy, którzy fizycznie nie mieli szans zdążyć ze swoją pracą. Wiele trudnych przypadków, połamanych łapek, miednic, dużo cierpienia, śmierci. Mnóstwo kocich maleństw, przybywających nieraz w ciężkim stanie. Przepełnione domy tymczasowe, pękające w szwach fundacje, przemęczeni ludzie i przewijające się słowo, które budzi moją odmowę: bezsilność.

 

Pełnia tego, co mogę zrobić

Był gorący, letni dzień, stałam w samym środku schroniskowej beznadziei. Widziałam rzeczy, które działy się przede mną, na moich oczach cierpieli i odchodzili ci, na których zdrowiu i życiu mi zależało. Dużo chaosu i pomieszania. Wiedziałam, że muszę z tego pomieszania wyjść, bo z takiego miejsca nie wesprę nikogo, zniechęcę się i opadnę z sił.

I wtedy przyszło do mnie bardzo jasne poczucie, że przecież ja też tworzę tę rzeczywistość. A cały sens mojego bycia w tym miejscu polega na tym, że mogę coś zrobić, cokolwiek. I to nie zależy od niczego i od nikogo, tylko ode mnie samej. To ode mnie się zaczyna i mogę nadać swojemu działaniu taką jakość, jaką chcę.

Myśl, że ta sprawczość jest w zasięgu ręki, była bardzo jasna, klarowna i totalnie wyzwalająca. Jakby przede mną zapraszająco ścieliła się i otwierała droga. Weszłam na nią z ulgą, zaufaniem i pewnością.

Odeszło zmęczenie, które nie było wynikiem przepracowania, ale tego, że pozwoliłam się przytłoczyć wielkim emocjom, chaosowi, że wpuściłam do swoich uszu zbyt wiele żalu i narzekań. Nadal trzeźwo widziałam, co się dzieje dookoła, ale mogłam się z tym konfrontować już z innego miejsca. Coś się nie udało, kogoś straciliśmy? Było za późno, było rozpaczliwie? Tak, ale jeszcze więcej było tego, co mogliśmy zrobić i co nam się udało. Dla każdego zawsze coś można było zrobić. Nie potrafię wyrazić tego słowami, ale to trochę jakby wstać i zacząć coś budować własnymi rękami, tutaj i teraz, w zgodzie ze sobą. I bez oglądania się na nic.

 

Dokładnie po to tutaj jestem

Jakieś niesamowite poczucie sprawczości towarzyszyło mi w tamtej chwili. Staram się je pielęgnować i przywoływać, ilekroć świat dookoła wariuje i próbuje wytrącić mnie z równowagi. Zawsze mogę zrobić coś, co uważam za właściwe. Żadne okoliczności nie mogą mi tego zabrać. To zależy tylko ode mnie i od mojej chęci.

Taki jest sens mojego bycia w schronisku: mogę coś dla kogoś zrobić, cokolwiek, co będzie mu potrzebne, co w jakiś sposób go podniesie, popchnie dalej, sprawi, że ktoś pójdzie dalej do życia, jeśli tylko będzie tego chciał. To ciche postępowanie za sobą wnosi do serca bardzo dużo radości i ukojenia. I nie chodzi tu o zagłuszanie bólu działaniem. Chodzi o przywrócenie spokoju, kierunku, a zarazem dzikiego entuzjazmu, który rozpala i daje mnóstwo sił.

I tego życzę nam zawsze, a w trudnych i znojnych czasach zwłaszcza.

 

Ilustracja: Slivia Rossi Thaler

silviarossithaler.tumblr.com

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *