
O pięknym darze dawania
Pomoc, wsparcie, poświęcenie, dawanie. Bogate, żywe tematy, które płyną jak rzeka. Niosą prawdy o świecie i o nas samych, nie przestają mnie zaskakiwać. Lubię stać w tej rzece i przyglądać się temu, co zechce przypłynąć.
Wiele razy zadawałam sobie pytanie o granice pomocy, granice oddania. Czy ofiarność w ogóle ma granice? A jeśli tak, w jaki sposób je wyznaczać? Czy można tu cokolwiek wyliczać, kalkulować? Stawiać znak STOP drugiemu człowiekowi, który bezustannie prosi o pomoc, choć tak naprawdę… wcale nie chce, by zmieniła ona cokolwiek? Czy wolno odwracać się od jego próśb i potrzeb? I co to właściwie jest pomoc? Komu dajemy, kiedy dajemy?
Uważność, empatia, troska
Dla siebie i dla innych, w tej kolejności. Kiedy potrafimy zaopiekować się samymi sobą, świat nie musi na każdym kroku obsługiwać nas i naszych emocji. Jeśli dajemy sobie, możemy dawać też innym, z pełnym spokojem i bez oczekiwania niczego w zamian.
Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy hojnie dzielą się tym, co mają, na przykład wiedzą. Nie powoduje nimi chęć imponowania innym czy stawiania się ponad kimkolwiek. Powoduje nimi współodczuwanie. Oni nawet nie wiedzą, jak dużo oferują, jak bardzo są wspaniałomyślni. Może gdyby wiedzieli, byliby tym szczerze zaskoczeni? Oni dają, bo mają z czego i nie muszą czerpać dla siebie zysków, nie traktują dawania w kategoriach wymiany. Bezinteresowność, którą szczerze podziwiam.
Kiedy dajemy w ten sposób, cichnie głos, który każe nam zaspokajać cudze potrzeby dla naszego dobrego samopoczucia, dla nagrody, gratyfikacji, a czasem dla spełnienia chęci nadmiernej opieki tam, gdzie nikt o nią nie prosi. Przestajemy wikłać drugą osobę w nasze heroiczne poświęcenie. Można się tak komuś nazawdzięczać, że życia nie starczy na odkupienie! Ktoś tyle dla nas zrobił, że aż sam o sobie zapomniał. Tylko komu tak naprawdę była potrzebna ta ofiara? Czemu miała służyć? Dlaczego chcieliśmy kogoś w ten sposób od siebie uzależnić ? Czy naprawdę chcemy fundować naszym bliskim taki rodzaj narzucającej relacji? To trochę jak z niechcianym prezentem, który zamiast cieszyć, okrutnie ciąży obdarowanemu.
Oko w oko z samym sobą
Ratowanie wszystkich dookoła jest znacznie łatwiejsze, niż uczciwe podejście do lustra z pytaniem: „Czego ja sama, ja sam tak naprawdę potrzebuję?”. Szczerze, bez oceniania, bez wartościowania. Bez krytyka monotonnie gadającego nam do lewego ucha: „Oho, czego to się zachciewa? Dobrzy ludzie nie patrzą na swoje potrzeby, tylko na innych!”. Bardzo dziwaczne przekonanie, które sprawia, że w wypełnianiu potrzeb innych, nawet nie zbliżywszy się do własnych, będziemy brzmieć jak pusty dzwon.
Zacznijmy od pytania: „Czego naprawdę potrzebuję?” i zobaczmy, co się z niego wyłoni. Otwórzmy się na to, czego pragniemy, nie dyskutujmy z tym (choć ponegocjować zawsze można). Zajmijmy się najpierw sobą. Jeśli solidnie nie odrobimy tej pracy domowej, możemy wpaść w pułapkę projekcji. A wtedy zaczniemy innym dawać im nie to, czego realnie potrzebują, ale to, co sami chcielibyśmy wreszcie otrzymać. I nikt nie będzie zadowolony.
Przyjrzenie się własnym potrzebom pozwala zupełnie inaczej skontaktować się ze światem. Radośniej, lżej, bez roszczeń, bez oczekiwań. Jest tylko jeden warunek: krystalicznie czysta uczciwość wobec siebie.
Ktoś chce być wyciągnięty czy ktoś chce wciągnąć nas?
Ten sam warunek dotyczy osoby, która chciałaby nadmiernie eksploatować innych, brać i przyjmować bez końca. Kiedy naprawdę chcemy skorzystać z czyjejś pomocy, przejdziemy po niej jak po moście: do zmiany na lepsze, do lepszego życia. Być może ktoś będzie musiał nas w kierunku tego mostu popchnąć, ale nikt nie zrobi za nas kolejnych kroków. Musimy przejść przez niego sami.
Natomiast czym innym jest użalanie się nad sobą, tkwienie w cierpieniu i… niewykonywanie kroku naprzód. Zmuszanie innej osoby, żeby stała z nami w bagnie naszych nieszczęść. Tygodniami, miesiącami, latami, a czasem całe życie. Jeśli ktoś prosi, żeby pozostać z nim w trzęsawisku, bo tak naprawdę nie chce żadnej zmiany, to może być pułapka. Grzęźnięcie, choćby w dobrym towarzystwie, niczemu nie służy. Jasne, można pobyć w tym razem, ale do momentu, kiedy nie przekraczamy samych siebie. Kiedy ktoś tego oczekuje, dla mnie w tym miejscu przebiega granica dawania. Pojawia się odmowa: „Nie jestem w stanie dłużej cię wspierać”. Boli, ale czasem to najlepsza, najbardziej właściwa forma pomocy: pozwolić komuś stanąć o własnych siłach. Pozwolić komuś poczuć własną moc, wyjść z grzęzawiska i odzyskać wolność.
Chcesz dawać troskę innym? Doświadcz jej najpierw sam!
Dawanie z pozycji spełnienia pozwala zobaczyć drugą osobę bez naszych własnych niezaspokojeń i projekcji, w skupieniu na tym, czego jej trzeba. Robi się między nami bardziej klarownie, lżej, łatwiej, przyjemniej. Można swobodnie odetchnąć, bo osią relacji już nie jest czyjaś zależność i czyjeś narzucanie się ze ślepym ratownictwem.
Kiedy wychodzimy z pozornie uprzywilejowanej roli darczyńcy, coś mięknie, coś się rozpuszcza, robi się więcej przestrzeni na zwyczajnie dobre, radosne i pełne bycie razem. Dla mnie to najcenniejszy skarb, który można znaleźć w relacji z drugą istotą.
Zdjęcie: crush cul de sac

