
Dom oddycha
Przyjemność płynąca z bycia w swoim miejscu. Miejscu, które oddycha i jest żywe. Zmienia się razem z nami, w swoim rytmie. Pokazuje to, czego potrzebuje w danym czasie. Chroni nas, a my o nie dbamy. To dla mnie dom.
Żywy kontakt z domem
Czym jest dla mnie żywy kontakt z domem? Oznacza on otaczanie się tym, czego naprawdę używam. Jak najmniej rzeczy stojących martwo w kątach, takich, o których się zapomina. Takich, po które nie chce się sięgać. Takich, na które nie chce się już nawet patrzeć.
Jeśli książki, to ulubione, które z jakiegoś powodu są ważne. Jeśli ubrania, to te, które noszę. W szafie nie ma miejsca na skrupuły, sukienki wiszące jak wyrzuty sumienia i bluzki, którym składam obietnice, że kiedyś jeszcze na pewno zdarzy się dla nich okazja. Albo moje ciało czuje się w czymś dobrze, swobodnie, albo nie, bez zbędnych perswazji. Lubię, kiedy w szafie jest przewiewnie, przejrzyście. Wtedy ubieranie się to przyjemność, bo mam tylko te rzeczy, które naprawdę lubię, a w dodatku widzę je wszystkie jak na dłoni.
Dokumenty i papiery leżą posegregowane w teczkach, przeglądam je raz na kilka miesięcy. To, co potrzebne, wyjmuję od ręki. Bez straty czasu na poszukiwanie zawieruszonych kwitków.
Filiżanki, talerzyki, dzbanki – moja wielka słabość! Talerzyki z połyskującymi brzeżkami, ceramiczne miseczki, ręcznie ulepione naczynia. Czy kurzą się bezczynnie w kredensie, czekając na przyjazd brytyjskiej królowej? Nie, używamy ich na co dzień i od święta, są w ciągłym ruchu.
Lodówka i zamrażalnik – wielkie wyzwanie, żeby było akurat tyle, ile trzeba, bez marnowania. Czasem zdarza się, że coś musi powędrować do bioodpadów, ale zaliczam to do sytuacji naprawdę ostatecznych.
Można wymieniać jeszcze dalej. Jeśli rzeczy nie są używane, oznacza to, że nie pełnią swojej funkcji, a więc nie mają racji bytu. Po co w takim razie zajmują życiową przestrzeń? Być może w innym domu ktoś bardzo się z nich ucieszy. To samo dotyczy żywności, lekarstw, kosmetyków, narzędzi, wszystkiego. Wolę robić zakupy częściej i na świeżo, niż trzymać tygodniami czy miesiącami zapasy, o których istnieniu naprawdę łatwo z czasem zapomnieć.
Porządki na co dzień
Bardzo w to wierzę! Codzienne porządki, choćby po jednej szufladce, po małym kawałku. Bieżące przeglądy, ogarnianie, utrzymywanie poszczególnych przestrzeni domu w ładzie i składzie. Nie ufam wielkim zrywom i odgruzowywaniu szafy, garażu, szuflad raz na pół roku. Chyba że akurat robimy gruntowne porządki, w trakcie których selekcjonujemy, czyścimy i pozwalamy, żeby rzeczy znalazły swoje miejsce. Potem pozostaje już tylko utrzymanie tego stanu.
W naszej cywilizacji wszystkiego zbyt szybko przyrasta i choć sami możemy nie być typem chomika, wystarczy, że są nim nasi domownicy. Dlatego ważne jest dla mnie utrzymywanie porządku na bieżąco i w taki sposób, żeby była to przyjemność, a nie katorga.
Porządek to brak chaosu, klarowność, oddech, spokój, łatwy dostęp do tego, czego potrzebuję. Radość korzystania z przedmiotów, które lubię. Codzienna przyjemność płynąca z używania tego, czego naprawdę chcę używać, zamiast męczenia oczu i zaprzątania głowy tym, co już dawno mi nie służy, a może komuś by się przydało.
Porządkowanie to dla mnie forma okazania domowi szacunku i stworzenia wolnej przestrzeni na to, czym chcę się zająć. Porządek to także wyraz szacunku wobec tego, co mam, jak również wobec czasu.
Kiedy przestrzeń wokół mnie żyje i oddycha, ja też mogę swobodnie oddychać, myśleć i działać.
I to ma sens!

