
Królestwo mojego dzieciństwa
Ulica Smolna 38, ostatnia z ciągu kamienic z podwórkiem typu studnia. Po wejściu w bramę podchodziłam do pierwszych drzwi po lewej. To były białe, ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi z grubym szkłem. Przyciskałam guzik dzwonka osadzony w ozdobnej rozetce, na co z głębi mieszkania odzywało się donośne szczekanie Heksy. Za szybą pojawiał się zarys postaci, rozbitej na małe plamki.
Otwierała zazwyczaj pani Zosia, wysoka, krzepka góralka z ciasno upiętymi kruczoczarnymi włosami, mama Adama, Ewy i Ludwiki, mojej szkolnej koleżanki. Po marmurowych schodkach wchodziło się do sieni. Jej podłoga była wyłożona pięknymi, także marmurowymi kaflami w wytarty wzór przypominający szachownicę, a pamiętający jeszcze przedwojenne czasy. Pachniało jabłkami, cynamonem, wanilią, zawsze jakimś ciastem. W tym domu jadło się porządne, mieszczańskie obiady i smażyło pączki z różaną konfiturą: ogromne, drożdżowe, utytłane w cukrze pudrze. Z sieni wchodziłam przez kolejne dwuskrzydłowe drzwi i był obszerny pokój, służący pięcioosobowej rodzinie za sypialnię, jadalnię i salon. Stały tam meble, nie zwyczajne, ale pałacowe. Dziadek Ludwiki był konserwatorem w pobliskim Muzeum Narodowym. Drewno nie miało przed nim żadnych tajemnic. Potrafił robić łóżka, szafy, stoły, a także sekretarzyki jak z bajki. Po otwarciu jednego z nich ukazywała się rzeźbiona kolumnada i lustra, cała miniaturowa sala balowa z parkietem inkrustowanym masą perłową. To było biurko Ewy, a w moich oczach prawdziwe arcydzieło. Jako kilkulatka mogłam wpatrywać się w to cudo bez końca. Królestwo mojego dzieciństwa.
Osobną sypialenkę zajmowała babcia. Tam także stały przepiękne meble, i był tam prawdziwy skarb. W oszklonej witrynie pyszniła się sporych rozmiarów zabytkowa baletnica z porcelany. Miała prześliczną twarz, kasztanowe włosy i tonęła w pianie kremowych koronek. Wykonano je z taką maestrią, że przypominały prawdziwy materiał. Zamykałyśmy się z Ludwiką w pokoju, ostrożnie wyjmowałyśmy tancerkę i wirowałyśmy z nią między tapczanami a parapetem, śpiewając i przekazując ją sobie z rąk do rąk. Do dziś zastanawiam się, czy byłyśmy tak uważne i delikatne, czy może czuwał nad nami duch dziadka, ale tańcząc w upojeniu, nie ukruszyłyśmy ani jednej kremowej falbanki.
Dziś brama na Smolnej 38 prowadzi do zupełnie innego świata. Dawno temu znalazł się właściciel kamienicy, a mieszkańcy wynieśli się kilka dzielnic dalej. Mieszkanie przestało istnieć i przeniosło się w inny wymiar. Na szczęście we wspomnieniach wciąż mogę stanąć przed drzwiami ze złotą gałką i sięgnąć do dzwonka z poprzedniej epoki.
I tego życzę wszystkim dzieciom: żeby doświadczały na co dzień magii. Takiej dobrej, płynącej z czucia, z patrzenia, z zachwytu, ze spotkań z realnymi ludźmi, w ich realnych domach, w realnym życiu.
🌟🌟🌟
Ilustracja: Loré Pemberton

