
Odwaga z serca
Cudny marzec w pełni, za oknem jeszcze pada ostatni śnieg z ciężkich chmur, ale już coraz częściej witamy się ze słońcem. Rozgrzewającym, dodającym sił i zachęcającym do działania. Wspaniała terapia światłem i ciepłem po jesienno-zimowych miesiącach!
Ciesząc się słonecznymi dobrodziejstwami…
…zastanawiałam się jednocześnie, jak można dodać odwagi komuś, kto się obawia, kto nie wierzy we własne siły, we własną sprawczość i samodzielność. Albo też komuś, przed kim stoi trudne wyzwanie, w dowolnym aspekcie życia.
Oczywiście, zawsze można wyćwiczyć umiejętność budowania się na zewnątrz, tak żeby świat czytał nas jako osoby pewne siebie, wbrew temu, co tak naprawdę niesiemy w środku. Takie techniki nakładania zbroi są możliwe do opanowania, ale jak ogromny koszt trzeba ponieść, żeby zadziałały? Ile wysiłku trzeba włożyć w budowanie pozoru siły i spokoju, kiedy wewnątrz właśnie się rozpadamy i rozsypujemy? I jak długo przetrwa taka konstrukcja, nawet jeśli z upływem lat zdołamy udoskonalić ją do perfekcji?
Na szczęście istnieje prostszy sposób
Coś, co zadziała bardziej naturalnie, trwale i skutecznie. Również dla tych, którzy wyssali strach z mlekiem matki, a lękowe podejście do świata wynieśli z domu. „Uważaj! Tam, na zewnątrz, jest niebezpiecznie. Ludzie stanowią zagrożenie”. Przekazy stojące za takim ostrzeżeniem często uruchamiają w nas tryb przetrwania, czujności, napięcia – nawet w bezpiecznej sytuacji, a co dopiero w trudnych chwilach! W takich słowach na pewno nie znajdziemy oparcia ani wzmocnienia.
Co zatem ma szansę zadziałać wówczas, kiedy musimy wyjść do świata, stanąć naprzeciw tego, czego się obawiamy, a jednocześnie czujemy, że brakuje nam ochrony? Albo kiedy emocje eskalują, ludzie wokół są poruszeni, a poziom złości czy agresji rośnie? Albo gdy ktoś zwyczajnie ma sposób bycia budzący w nas lęk, niechęć, rozdrażnienie, a jednak musimy się z nim skonfrontować?
W takiej sytuacji polecam sprawdzony sposób, z własnego doświadczenia. Przede wszystkim jak najszybciej wyjdźmy z roli, którą odgrywamy. Nie decydujmy z góry, że coś jest większe, straszniejsze czy jakkolwiek inne niż w rzeczywistości. Na dobry początek wyjdźmy ze swojej głowy. I wróćmy do siebie.
Jak to zrobić?
Najpierw rozluźniam całe ciało, na ile tylko mogę to w danej chwili zrobić. Puszczam napięte mięśnie: od twarzy, przez szyję, kark, ramiona, brzuch, pośladki, aż do nóg. Biorę kilka głębokich wdechów, kierując je do pępka. To pozwala mi szybko się ugruntować, osadzić mocniej w tu i teraz. Już na tym etapie czuję, jak się otrząsam i zaczynam widzieć, co się dzieje naprawdę, a nie w chaosie moich myśli.
Potem kieruję uwagę do serca, czasem wręcz dotykam dłonią klatki piersiowej. Dlaczego to takie ważne?
Serce po prostu wie lepiej, wie pierwsze, potrafi objąć rzeczywistość wieloaspektowo, jest o niebo bystrzejsze niż umysł. Kiedy patrzymy sercem, zyskujemy klarowny ogląd tego, co jest w danej sytuacji do zrobienia. Znacznie wyraźniej widzimy, co się właściwie dzieje dookoła nas.
Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą wydawali nam się groźni, okazują się po prostu bezradni, zranieni, zaskoczeni, samotni. Być może funkcjonują w ciągłym trybie walki, a swoją ekspresją straszą innych, bo inaczej nie potrafią. Kontakt z nimi raczej nie należy do przyjemnych, ale serce jasno pokazuje, że wszystko jest dobrze, nie ma się czego obawiać. Po drugiej stronie jest człowiek, w którym coś woła. Kiedy go usłyszymy, z tego punktu możemy rozmawiać dalej.
Jak to działa?
Przy częstym praktykowaniu cały proces uspokajania się trwa zaledwie kilka chwil. Kiedy go uruchamiam: wychodzę z głowy, kontaktuję się z rzeczywistością z poziomu serca i pozwalam mu się prowadzić, za każdym razem czuję ogromną ulgę. To pozwala mi spojrzeć na sytuację całkiem na nowo, jakbym natychmiast trzeźwiała. Świat z miejsca się uspokaja.
I wtedy zaczyna dziać się magia. Uspokajając samych siebie, również innym dajemy sygnał, że mogą odpuścić napięcie. To trochę tak, jakbyśmy mówili: „Hej, widzę cię, widzę nas w tym położeniu. Spójrz na mnie, tu jestem, nie ma potrzeby się zmagać. Puść emocje, pozwól im przepłynąć. Zostaw wyuczone odruchy, już nie musimy niczego odgrywać. Zobaczmy, co możemy tutaj zrobić dla wspólnego dobra”. I druga osoba to usłyszy, odbierze, poczuje, że naprawdę ją widzicie. I to zrobi wielką różnicę. Coś się zmieni, zmięknie, poruszy na naszych oczach. To naprawdę działa.
Prowadzenie serca zawsze jest niezawodne, w każdej sytuacji. To jak sprawdzona, dobrze wydeptana, w pełni bezpieczna ścieżka. Zaprasza nas, byśmy podążali nią pewnie i z odwagą.
I tego bardzo nam wszystkim życzę.
Powodzenia!
Zdjęcie: Magnus D’Great M, Pexels
