
Okruszki życzliwości
Od tej postaci mogłaby rozpocząć się ciepła, mądra powieść. Franciszek Orzechowski był listonoszem w Lesznie, skąd pochodzi moja babcia. W jej wspomnieniach, sięgających spartańskich powojennych i wcześniejszych czasów, pan Franciszek maluje się jako mężczyzna, którego cechowały ujmująca, naturalna uprzejmość i pogoda ducha. Pomocny, otwarty, uśmiechnięty, dobrze wiedział, że życzliwość jest najlepszym lekarstwem, jakie wynaleziono na tym świecie.
Wyobrażam sobie, że był jedną z tych osób, które ledwo staną w drzwiach, a w domu zaraz robi się jaśniej i weselej. Wręczając listy, znajdował czas, żeby porozmawiać, pożartować z adresatami. Pamiętał o ich imieninach. W lany poniedziałek skrapiał moich pradziadków perfumami, trochę dla śmiechu, a trochę dla podtrzymania obyczaju.
Myślę, że pan Franciszek był po prostu przyjacielem ludzi. Terapeutą bez szkoleń i dyplomu, potrafiącym nawiązać ze światem relacje przez szczerą życzliwość. Skromnym czarodziejem w mundurku listonosza. Takie osoby odwalają kawał bezcennej roboty w swoich społecznościach, i nie tylko w nich. Pokrzepiają uśmiechem, chwilą serdecznej rozmowy podnoszą na duchu.
Czasem wystarczy okruszek dobrotliwości, żeby ktoś poczuł się lepiej, raźniej. Taki okruszek waży bardzo dużo. Potrafi odegnać mrok i samotność. I bardzo dobrze smakuje.
🌿☀️🐦⬛
Zdjęcie: Michaela McBride Calligraphy

