Na dobry dzień

Czas zmienić pracę

Jak mówi przysłowie: opornego los siłą wlecze. Można być impregnowanym na sygnały, które wysyła nam świat, ale tylko do pewnego momentu. Lubię słuchać tych subtelnych przekazów, sugestii, informacji napływających z otaczającej mnie rzeczywistości. Są jak drogowskazy. Czasem, jeśli wyjątkowo długo ignoruję je i zbywam, przybierają na sile i stają się coraz bardziej natarczywe i dosłowne.

To są te chwile, kiedy spotykam ludzi, którzy wskazują mi nowe kierunki. Otwierają drzwi, o których nie pomyślałabym, że można przez nie przejść. Kiedy szklanki same pękają na stole, a świeżo rozwinięty pąk opada przedwcześnie z rośliny, która nigdy nie gubi kwiatów. Kiedy kolejna osoba pyta mnie o tę samą rzecz, kierując tam moją uwagę. To wszystko jest jak pukanie do drzwi.

Dobrze posłuchać tego pukania, zanim włączą się syreny alarmowe, a los chwyci nas za włosy i zawlecze tam, gdzie mamy się znaleźć.

 

Świadomy, powolny proces

Delikatne, a z czasem coraz mocniejsze sygnały towarzyszyły mi również wtedy, kiedy po kilkunastu latach przyszedł czas na zmianę pracy. Z pozoru wszystko się zgadzało i rozumowo rzecz biorąc, mogłam tkwić dalej tam, gdzie byłam. Jednak od jakiegoś już czasu czułam brak zespolenia z miejscem, w którym pracowałam, jak również z tym, co robiłam. Gdybym miała przełożyć to na język odczuć, miałam wrażenie, że powoli i prawie niewidocznie odklejam się od mojej pracy, jak kalkomania zanurzona w wodzie. Ten proces trwał pewnie ponad rok, toczył się powoli.

Przyglądałam się uważnie sygnałom, obserwowałam moich redakcyjnych kolegów, słuchałam tego, co mówili. Obserwowałam też siebie, swoje reakcje i emocje. Były dla mnie jak kompas. W końcu z wielką jasnością i spokojem zobaczyłam, że jestem w strukturach, które już zupełnie mi nie służą, a ja nie służę im. Nasze drogi się rozwidlały. Moja praca i ja stałyśmy się dla siebie zupełnie nieadekwatne.

W końcu przyszedł dzień, kiedy podjęłam decyzję. Dla mnie oznaczało to, że nie ma już odwrotu, a kierunek jest jasno wyznaczony. Właśnie rozpoczął się proces zmiany, zamykania starego i otwierania się na nowe. Dopiero kiełkował, potem szedł własnym rytmem i miał zakończyć się kilka miesięcy później. Cieszyłam się, że mogłam przejść przez to wszystko spokojnie i we własnym tempie. Dałam sobie czas, którego potrzebowałam.

Jakie sygnały były dla mnie pomocne w podjęciu decyzji o zmianie? Między innymi te:

 

  1. Gdzie podziała się radość?

Kiedy chcę dobrze wykonać jakąś czynność, muszę stać się tą czynnością. W jakiś sposób muszę się z nią połączyć, cokolwiek to jest. Wtedy wszystko idzie znacznie łatwiej, szybciej, lżej. Zorientowałam się, że w mojej pracy zabrakło tego połączenia. Od dawna nie było w niej radości, przepływu, lekkości, ognia. Praca nie paliła mi się w rękach, a ja próbowałam wykrzesać z siebie coś na siłę. Miałam wrażenie, że między pracą a mną energia stoi, że tutaj już nic się nie wydarzy. Nudziłam się niezależnie od tego, jak bardzo starałam się znaleźć coś ciekawego w tym, co robiłam. Choćby odrobinę słodyczy i przyjemności. A skoro ja sama działałam bez ognia, jak mogłam kogokolwiek zarazić entuzjazmem? W pracy wydawcy często to właśnie wiara w książkę sprawia, że przekonujemy do współpracy innych ludzi: kolegium wydawnicze, autorów, grafików, sponsorów.

Owszem, wykonywałam swoje zadania poprawnie – po kilkunastu latach pracy w zawodzie profesjonalna rutyna staje się drugą skórą. Tylko nie o to przecież chodzi. Patrzyłam na moich kolegów, których bardzo cenię. Pracowali jak dawniej. Narzekali, bo było ciężko, ale byli połączeni z tym, co robili. Chcieli rozmawiać o rozwiązaniach, pomysłach, omawiać niuanse, oddychali tymi sprawami. Doskonale znałam ten stan, ale wtedy byłam już poza nim.

 

  1. Ciężko jak na kamienistym polu

Kiedy praca idzie z głowy, a nie z serca, idzie jak po grudzie. Tu nie chodzi o naiwne myślenie, że w pracy, którą się lubi, wszystko płynie gładko i nie ma trudnych chwil. Są, jest ich całe mnóstwo. Jeśli jednak jesteśmy we właściwym miejscu, przeszkody to… tylko przeszkody. Wyzwania, które są po to, żeby coś usprawnić, żeby się czegoś nauczyć, znaleźć rozwiązanie i pójść dalej. Nie działają jak hamulec. Pewien majster powiedział mi, że musi „czuć robotę”. Doskonale go rozumiem. Jasne, można wyłącznie zdroworozsądkowo zmuszać się do pracy. Jakoś to pójdzie, ale czy na dłuższą metę? Oczywiście, nie każda praca jest robotą naszych marzeń. Jednak, jeśli nie widzimy żadnego sposobu na zmianę pracy, można znaleźć w niej coś, co daje motywację, pozwala zmienić perspektywę. Wiedziałam jednak, że nie jest to droga dla mnie.

 

  1. Jak w lustrze

Wiem, jak to jest robić coś z zaangażowaniem, a jak to jest odkładać sprawy na ostatnią chwilę, bo nie ma się do nich ani krztyny serca. W pewnym momencie z brutalną jasnością zobaczyłam, że inne czynności dają mi o wiele więcej spełnienia niż praca zawodowa. Z dobrze wypieczonego ciasta miałam więcej satysfakcji niż z owoców pracy wydawcy. I to było zastanawiające. Doskonale pamiętam wrażenie z pierwszego dnia, kiedy zaczęłam pracować w wolontariacie, w schronisku. W małej salce kociego szpitala poczułam się jak u siebie. Od tego czasu w zasadzie bez przerwy, każdego dnia zajmuję się chorymi zwierzętami, a ich leczenie jest dla mnie najbardziej naturalną sprawą na świecie.

Każdy ma swoje pasje, coś, co lubi robić poza pracą. Jednak kiedy dysproporcja w zaangażowanie w pracę i w hobby jest zbyt duża, warto się temu przyjrzeć. Dlaczego tak to wygląda?

 

  1. Stres, który pożera

To była kolejna emocja, która biła na alarm: niepokój i poczucie, że cały czas zawodzę firmę. Niezależnie od wyników, niezależnie od zadowolenia i radości autorów, od dobrych recenzji i opinii czytelników, nawet od nagród, które przyznawano książkom. Nie widziałam tego wszystkiego, bo ciążąca na wydawcy presja była zbyt duża. Cały czas czułam, że pracuję zbyt wolno, że nie jestem już jak maszyna, którą byłam w wieku dwudziestu kilku lat.

Codzienny stres, poczucie, że mam wiecznie nieodrobioną pracę domową, przytłoczenie ilością wciąż narastających obowiązków spowodowało, że nie widziałam w obiektywny sposób wartości tego, co robiłam. Straciłam poczucie, że robię coś sensownego i że mogę robić dobre rzeczy. I to był bardzo niebezpieczny moment.

 

  1. Ten związek już się nie sklei

Naturalnym odruchem jest dla mnie ratowanie tego, co może być uratowane: czy to związek, roślina wyrzucona przez sąsiada na śmietnik czy pęknięty kubek. Zawsze staram się walczyć do końca, nie odpuszczam. Czasem jednak trzeba pozwolić odejść, pozwolić na zmianę, choćby była ona bardzo radykalna. Dla mnie taką zmianą było zrzucenie zawodowej skóry.

 

Długo szłam przez ten proces. Pozwoliłam sobie przeżyć go w pełni świadomie, przytomnie, z szeroko otwartymi oczami i ogromnym szacunkiem do mojego miejsca pracy, do innych ludzi i do samej siebie. Dzięki temu, że dałam sobie tyle czasu, ile potrzebowałam, czułam się pewnie, swobodnie i bezpiecznie. Nie walczyłam, nie obawiałam się, nie stawiałam oporu. Nie musiałam też nikogo prosić o radę, ponieważ dobrze wiedziałam, co mam robić. Po prostu szłam przed siebie, gotowa i otwarta na to, co potrzebowało się zakończyć, zamknąć, dopełnić. I na to, co czekało, żeby móc się rozpocząć.

 

Zdjęcie: Myles Tan, Unsplash

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *