Rozmowy od serca

Lawendowe pole

Pole lawendy. Nigdy na takim nie byłam, nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak upojnie musi pachnieć. Kilka dni temu zawołało mnie samo. Zaprosiło do siebie, żebym usiadła i lepiej zobaczyła coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka.

 

Jak to się zaczęło?

Przed świątecznym spotkaniem w rodzinnym gronie uwijałam się jak pracowita pszczółka. Kiedy mój mąż dostawił do stołu dodatkowe krzesło dla gości i zaczął przesuwać nakrycia, które chwilę wcześniej pieczołowicie poukładałam, wściekłam się i głośno go ofuknęłam. Jakby rzeczywiście było za co! Najlepszy przykład świątecznej presji czasu, przygotowań, szaleństwa, które czasem jeszcze lubi się pojawiać, choć staram się wymiatać je ze wszystkich kątów naszego domu i swojej głowy. Każdemu małżeństwu życzę, żeby miało tylko takie powody do spięć. Niemniej, duży czy mały powód, mojemu mężowi zrobiło się wyraźnie przykro, pomimo moich przeprosin. A to była ostatnia rzecz, której bym sobie życzyła.

 

Czy na pewno chodziło o sztućce?

Z całą pewnością nie. U mnie pierwsze skrzypce zagrało zmęczenie. Niezmordowanie wtórowała mu chęć wewnętrznej Miss Perfect, żeby nakrycia na stole leżały równiutko. U Mariusza na pierwszy plan wysuwały się: nietolerancja na krzyki i wszystkie sytuacje z rodzinnego domy, które dawno temu tę nietolerancję wywołały.

Kiedy do głosu dochodzą emocje spod podłogi i ludzie zaczynają kłócić się o drobiazgi, wiadomo, że nie chodzi tu o żadne sztućce, równo czy krzywo ułożone. Jednak nie to było w tym momencie ważne. Przede wszystkim potrzebowałam sprawić, żebyśmy mogli skontaktować się ze sobą szybko, skutecznie i bez tych emocji, które tak błyskawicznie się odpaliły. A ponieważ słowa bywają w takich sytuacjach zawodne i potrafią działać jak zasłona dymna, najlepsze, co mogłam zrobić, to porozumieć się z moim mężem w ciszy, skupieniu, w przestrzeni serca. Poczuć, gdzie jesteśmy i co naprawdę się dzieje. Ten sposób działa zawsze. Tak było i tym razem.

 

Stanęłam w ciszy

I w ciszy przeprosiłam mojego męża i siebie. Popatrzyłam na nas i na to, co naprawdę się dzieje. Zobaczyłam nas, jak stoimy i kontaktujemy się ze sobą z pozycji ról, codziennych zadań do wykonania. Owszem, operacyjnie stanowimy świetnie zgrany zespół. Jednak pod względem zapewnienia sobie prawdziwej uwagi, emocjonalnego otulenia, bliskości, wsparcia i zaangażowania, coś było nie tak. Czegoś tu brakowało, tak zupełnie po ludzku. Zorientowałam się, że trwa to już od jakiegoś czasu.

Po tej szybkiej analizie sytuacji nie wchodziłam w nią już dalej. Poprosiłam tylko, żeby pokazało mi się to, co mogę dla nas zrobić tu i teraz, tak jak stałam w kapciach przy kuchennym blacie. Natychmiast wyświetlił mi się obraz pola lawendy: łagodnego, kojącego miejsca, które uspokaja i leczy. Było popołudnie, nad polem leniwie unosiły się zadowolone owady. Już wiedziałam, że dokładnie tego nam trzeba: wpuścić więcej takiej jakości do organizmu, jakim jest nasz związek. Posiedzieć razem w cichej przestrzeni, posłuchać siebie nawzajem. Siebie, a nie: potrzeb wszystkich innych ludzi dookoła, setek wiadomości, lawiny telefonów każdego dnia, miliona spraw do załatwienia.

 

Trwało to wszystko dosłownie chwilkę

Nie dłużej niż minutę. Tyle potrzebowałam, żeby zatrzymać się, zamknąć oczy, wrócić do siebie i spojrzeć na to, co chciałam zobaczyć. Obok, przy stole, toczyła się gwarna rozmowa kilkunastu osób. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, byłam w sobie.

Za kilka kolejnych chwil Mariusz sam przyszedł, żeby się przytulić. I coś zaczęło mięknąć i rozpuszczać się na moich oczach. Jeszcze niczego nie zdążyłam zrobić, a to już zaczęło się dziać.

Lawendowe pole. Czasem wystarczy coś zobaczyć, zaprosić do naszego życia, do związku, otworzyć się na to, co chce przyjść. Pozwolić temu działać, zmieniać, transformować. To może być bardzo subtelne. A potem dzieją się rzeczy zaskakujące. Kiedy podążamy za jakością, która jest nam w danym momencie potrzebna, życie prowadzi nas za rękę, we właściwym kierunku.

Nie zamieniłam z Mariuszem ani jednego słowa na temat lawendowego pola. Nie musiałam tego robić. Wszystko było dla nas jasne. Dwa dni później mój mąż sam z siebie poprosił, żebym pomogła mu nareperować to, co było główną przyczyną jego emocjonalnego zranienia, kiedy bliska osoba wrzaśnie. A przede wszystkim: sam podjął temat spokojnego czasu dla nas, dla siebie nawzajem. Sam. Tak to działa.

 

Łagodność i uważność dla siebie

Wiem, że w natłoku codziennych zadań i obowiązków łatwo stracić z oczu siebie nawzajem: swoje emocjonalne potrzeby, tę bardzo delikatną, łagodną część nas, która chce być zauważona, bezpieczna i zaopiekowana. Tak samo u kobiet, jak u mężczyzn. Jednak bez tej bazy, bez emocjonalnego ukojenia i po prostu dobrego samopoczucia nie ruszymy przed siebie, utkniemy. Bez prawdziwej bliskości nie pójdziemy razem dalej. Pozornie tak, będziemy wykonywać swoje zadania, ale przecież nie o to chodzi. Bliskość ma kwitnąć, więc stwórzmy dla niej piękne miejsce. Dobrą, wygodną, komfortową przestrzeń.

Lawendowe pole, wonne, nasłonecznione i brzęczące uderzeniami owadzich skrzydełek. Bez żadnych ważnych spraw. Tylko my, bo teraz jest czas na zajęcie się sobą. I to jest najważniejsze.

 

Zdjęcie: www.naturettl.com

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *