Na dobry dzień

Dobrze potraktowana złość

Złość jest jak choroba, jeśli ją w sobie hodujemy. Dla własnego zdrowia nie warto dopuszczać, żeby toczyła nas choćby jeden dzień. Dokarmiana latami, rośnie w siłę, a kiedy osiągnie moc niedźwiedziej furii, jest nie do zatrzymania.

Na skali Dawida R. Hawkinsa złość jest wykalibrowana wyżej niż wina, strach czy żal. Owszem, złość może być iskrą dającą impuls do działania, do wyjścia z apatii, zawalczenia o siebie, wyznaczenia granic. Dobrze wykorzystana, może być pomocna. Jednak gdy zatrzymujemy się w tej emocji, w swoje żyły sączymy truciznę.

 

Kiedy pozwalamy jej sobą zawładnąć

Złość, której pozwalamy sobą zawładnąć, zaczadza świadomość, wpływa na rysy osobowości. Oddając się jej, pozwalamy, żeby kierowało nami coś, co nie działa dla naszego dobra. Już sama budowa wyrazu „złość”, w polszczyźnie powiązanego ze złem, wiele mówi o jakości tej emocji, od której przecież tylko krok do nienawiści. Złość jest niebezpieczna. I jest też bardzo łatwa i kusząca. 

Wczoraj, kiedy spacerowaliśmy po uśpionym zimą lesie, minęła nas młoda, śliczna kobieta z wózkiem, w którym jechała roczna dziewczynka. Kobieta opowiadała, jak on strasznie ją wkurza. Denerwuje ją już samo to, jak on oddycha. Nie wiem, czy mówiła o mężu, partnerze, a może swoim ojcu. Nie wiem, czy relacjonowała to wszystko jadącemu przed nią dziecku, czy może miała bezprzewodowe słuchawki w uszach i rozmawiała z kimś przez telefon. Wiem tylko, że jeśli nad sobą nie zapanuje, w dalszym ciągu ta emocja może ponieść ją hen, daleko. I dziewczynka z wózka za dziesięć lat wciąż będzie słuchała maminej mantry. Niełatwo być córką matki wkurzonej na ojca tak, że nie ma między rodzicami innej komunikacji niż agresja, napięcie i niekończące się pretensje.  ️

 

Na co tak naprawdę się złoszczę?

Kiedy sama się złoszczę, pytam samą siebie: na co tak naprawdę się wściekam? Na kogo patrzy moja złość? Ile w tym moich emocji, a ile bagażu kobiet z mojej rodziny, nawarstwianego przez kolejne pokolenia? Kiedy czułam się tak bardzo bezradna i wobec kogo, że teraz mam ochotę szarpać na strzępy? Co moja złość chce mi powiedzieć?

Przyglądam się temu uważnie, czasem trwa to dni i tygodnie. Po to, żeby zobaczyć, uznać, zrozumieć i uwolnić tę emocję. Nie widzę innej drogi wyjścia z zamętu. A kiedy potrzebuję „obsłużyć” złość bardzo szybko, wybieram spokój. Wybieram niestandardowe reakcje, żeby rozładować tę emocję przez zabawę. Podobnie jak robili to moi znajomi, którzy zamiast brzydkich słów wykrzykiwali: „Niech mnie porwą leśne skrzaty!”. I to naprawdę działało!

Nie trwam w złości, nie trzymam jej w sobie, nie celebruję urazy i wkurzenia. Zwyczajnie nie mam w życiu aż tyle czasu do zmarnowania. Nie wkładam szpil, nie wysyłam zatrutych strzał i nie podsycam kłótni, bo nie chcę sprawić, żeby kogoś zabolało.

To spala nas samych, a dookoła zostawia zgliszcza. 

Wierzę, że dobrze potraktowana złość jest cenną wskazówką, a jednocześnie narzędziem w naszych rękach.

I niczym więcej.

 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *