
Po deszczu
Wczesne wrześniowe popołudnie. Cienie miękko kładą się na trawie. Powietrze po deszczu jest rajskie: łagodne, wilgotne, pachnące zielenią. Lepkie od żywicy sosnowe szyszki kleją nam się do palców. Wróble robią nieopisany rwetes w krzakach, gawrony wrzeszczą wysoko, w gałęziach nadrzecznych lip. Niektórzy nie mogą znieść ich potężnego krakania, ale ja uwielbiam tę zawadiacką chmarę, którą słychać w całej okolicy.
Spacery i czas spędzany na zewnątrz, bez względu na pogodę, to niespodziewany prezent, który przyniosło mi macierzyństwo.
Zatrzymanie mimo przyspieszenia.
Czas na spokojne patrzenie i widzenie w wiecznym wyścigu z czasem.
Czułki wystawione do świata mimo pełnego skupienia na dziecku.
Nauka pokory obok poczucia, że tak wiele ode mnie zależy.
Ej, Dąbrówka, nie bądź taka ważna.
Pozwól toczyć się życiu, sobie, dziecku i światu we własnym tempie.
Tak jest najlepiej 💚

